Ta strona wykorzystuje ciasteczka ("cookies") w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Czy wyrażasz na to zgodę?

Marcin Capiga. Nasz absolwent.

Moja przygoda z Wydziałem Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczyna się w 2001 roku.
Pamiętam, że po szkole średniej nie miałem bladego pojęcia, jaką ścieżkę edukacji wybrać. Chodziłem
do liceum ogólnokształcącego w Milanówku. W tym czasie nie mogliśmy nawet marzyć o zajęciach
z doradztwa zawodowego. Jedyne co do nas docierało, to rankingi zawodów i rekomendacje np. warto wybrać
zawód prawnika, lekarza lub informatyka, bo te zawody będą najlepiej wynagradzane. Żaden jednak z tych
zawodów mnie nie pociągał na tyle, by go studiować. Wybrałem więc ostatecznie kierunek, który wydawał
mi się na tyle ogólny, by nie ograniczał moich możliwości oraz poszerzał perspektywę. Poza tym mój
najbliższy przyjaciel również na niego zdawał, więc trochę z przypadku, trochę z braku innych pomysłów,
trochę z przeczucia, a trochę z chęci odroczenia decyzji o wyborze ścieżki kariery padło na Pedagogikę.
Jako ciekawostkę wspomnę, że ze szkołą w tym czasie nie byłem mówiąc delikatnie za pan brat. Należałem do
grona tzw. „zdolnych leni” i szkoły zwyczajnie nie lubiłem. W szczególności zaś autorytarnego stylu
nauczania, który w moich czasach wielu nauczycieli reprezentowało.
Związana jest z tym zresztą pewna anegdota. Kiedy dostałem się na studia pedagogiczne moja wychowawczyni
stwierdziła, że nie powinna była dać mi matury (sic!). Na szczęście matury się nie daje, a zdaje, więc nie
dość, że na pedagogikę się dostałem, to jeszcze ją ukończyłem z wyróżnieniem, a potem napisałem doktorat…
ale o tym później.
Z perspektywy czasu myślę, że moja motywacja do studiowania pedagogiki wynikała też z młodzieńczego buntu
i oporu wobec ówczesnego systemu edukacyjnego oraz oczywiście chęci (r)ewolucji ;).
2021 rok to jeszcze czas egzaminów ustnych na studia. Egzaminowała mnie wtedy, nieżyjąca już niestety,
wspaniała Prof. Alicja Siemak-Tylikowska. Do dzisiaj pamiętam jedno z pytań „Czym jest wolontariat i jakich
działaczy społecznych potrafię wymienić?” oraz wszechogarniającą ulgę, że potrafię na nie odpowiedzieć.
Rozmowa była wymagającą, ale jednocześnie bardzo sympatyczna, no i zakończona sukcesem dostania się do
grona studentów UW.
Początki studiowania nie były dla mnie proste. Całym sobą czułem, że nie wychowałem się w Warszawie, a to
robiło różnicę. Byłem chłopakiem z małej miejscowości, jakim był wtedy Grodzisk Mazowiecki. W tym czasie
odległość do Warszawy wydawała się dłuższa niż dzisiaj. Nie umiałem grać „w trudne słowa”, nie pochodziłem
z rodziny inteligenckiej, nie chodziłem do teatru itp. Części rzeczy po prostu nie rozumiałem. Szybko jednak
złapałem kontakt z moimi rówieśnikami. Poza tym dostałem się na studia z moim przyjacielem, więc było mi
zwyczajnie raźniej.
Pierwszym punktem zwrotnym w mojej karierze było zapisanie się na fakultet „Biologiczne i psychologiczne
aspekty HIV/AIDS” do Prof. Zbigniewa Izdebskiego. Krążyły legendy o tych zajęciach i wszyscy chcieliśmy
się na nie dostać. Pamiętam, że Profesor bardzo otwarcie pytał nas o różne kwestie i zadawał trudne pytania.
U wielu studentów pojawiał się wstyd. Nie umieliśmy rozmawiać o seksualności. Powodem było m.in. to, że o
seksualności nie rozmawiało się w ogóle, a wiedzę czerpaliśmy głównie z magazynów młodzieżowych pokroju
„Popcornu” i Bravo”. Między innymi dlatego, że zawsze miałem „niewyparzony” język, pomogło mi to w częstym
zajmowaniu stanowiska na zajęciach i wyrażaniu własnego zdania. Skończyło się to propozycją ze strony
Profesora, abym spróbował wolontariatu w Towarzystwie Rozwoju Rodziny (TRR). TRR prowadziło wtedy
wspaniały program edukacji rówieśniczej (peer education) – studenci uczą uczniów. Tak zostałem młodzieżowym
edukatorem seksualnym. Już w pierwsze studenckie wakacje pojechałem na szkolenie organizowane przez
TRR, gdzie od znanych seksuologów, terapeutów/terapeutek, pedagogów/pedagożek i psychologów/psycholożek
uczyłem się pracy z młodzieżą. Wpadłem w grono osób zaangażowanych w profilaktykę oraz edukację i… przepadłem.
Czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Mając 20 lat zacząłem prowadzić swoje pierwsze warsztaty w warszawskich
szkołach. Potem przyszedł moment szerszego zaangażowania się w NGO-sy, pracę partyworkera pracującego z
osobami przyjmującymi narkotyki oraz streetworkera pracującego z osobami świadczącymi usługi seksualne.
Zacząłem też szkolić studentów i pracowników organizacji pozarządowych. Całe moje studia mógłbym określić
trzema słowami – „rozwój, profilaktyka i redukcja szkód”.
Byłem już na półmetku studiów, kiedy zacząłem się stresować. Wiedziałem, że zaraz stanę przed kolejnym
pytaniem „co dalej?”. Czułem lęk, bo jakiś etap się kończył. Byłem już wszakże zaangażowany w kilka
dorywczych prac, wiedziałem też, że zaraz po studiach zacznę pracę jako konsultant wydający wyniki pacjentom
w punkcie testowania HIV/AIDS. No ale co jeszcze? To wszystko nie dawało mi dużej stabilności.
To wtedy zacząłem rozmyślać, że skoro pasjonuje mnie prowadzenie zajęć – to może warto zrobić doktorat?
Zacząłem sprawdzać grunt. Najpierw poszedłem do świętej pamięci Profesor Woynarowskiej, u której pisałem
pracę magisterską. Odmówiła. Nie chciała się podjąć tematu – zachęciła, żebym spróbował u Profesora
Izdebskiego. Poza tym tłumaczyła, że wszystkie jej doktorantki zaszły w ciążę i nie dokończyły pisania pracy.
Uspokajałem nawet, że mnie to nie będzie dotyczyć… no ale nie przekonałem. Spróbowałem więc u Profesora
Izdebskiego. Odmówił. Powiedział, że ma słabe doświadczenia ze współpracy z doktorantami. Namawiałem, ale
jedyne co udało mi się wynegocjować z Profesorem, to że będę próbował i jeśli się dostanę, to obieca rozpatrzyć
jeszcze raz moją kandydaturę. Do dzisiaj nie wiem, czy to był test pt. „Jak bardzo mu zależy?”, czy po prostu
zmiana zdania, ale ostatecznie w 2005 roku wylądowałem jako doktorant w „Zakładzie Biomedycznych i Psychologicznych
Podstaw Edukacji”. Profesor Izdebski został promotorem mojego doktoratu. Zdradzę, że mimo obaw Pani Profesor
Woynarowskiej, podczas studiów doktoranckich w ciąże nie zaszedłem 😉 a doktorat ukończyłem w terminie tj. w
2010 roku. Tytuł rozprawy „Ryzykowne zachowania seksualne osób przyjmujących narkotyki drogą dożylną”.
To były wymagające i bardzo rozwijające lata pod opieką dwóch wspaniałych mentorów, od których nauczyłem się
chyba najwięcej w mojej historii. Od Prof. Izdebskiego między innymi odwagi, kreatywności i obycia w mediach.
Rzetelności, jakości i kunsztu pracy od Prof. Woynarowskiej. Jestem Im ogromnie wdzięczny.
Ale wróćmy jeszcze do czasu pisania doktoratu. Bo tutaj pojawia się twist. W czasie doktoratu nasz Wydział nie
dawał nam żadnych stypendiów. Trudno było przeżyć będąc „tylko” doktorantem. Praca w NGO’s też nie dawała
stabilności wynagrodzenia. Wiedziałem też, że na etat na Wydziale trudno będzie liczyć. Zacząłem więc szukać
nowych możliwości. W czasie studiów magisterskich studiowałem na dwóch specjalizacjach: Andragogice i
Projektowaniu Edukacyjnym. Na Andragogice poznałem kolejną, bardzo ważną w mojej życiowej karierze osobę.
Wtedy koleżankę z Wydziału, dzisiaj dr Katarzynę Lubryczyńską-Cichocką dyrektorkę i założycielkę Uniwersytetu
Otwartego UW. Pamiętam, jak spotkaliśmy się w 2008 roku na Krakowskim Przedmieściu i Kasia powiedziała mi
o pomyśle na Uniwersytet Otwarty. Oznajmiła, że rusza z pomysłem i zapytała, czy nie zechciałbym poprowadzić
tam jakichś zajęć. Znałem koncepcję uniwersytetów otwartych, bo uczyłem się o nich na studiach. Pomyślałem z
entuzjazmem – czemu nie. Dokładnie wpisywało się to w moje potrzeby, a pomysł był bardzo innowacyjny i
wspaniały. Pierwszy kurs jaki zaproponowałem, nosił nazwę „Skuteczne zarządzanie sobą w stresie”. Okazało się
to strzałem w dziesiątkę. Uczestnicy ciepło przyjęli kurs. Kurs stał się popularny, marketing szeptany
zaczął działać, a ja pozwoliłem sobie myśleć o kolejnych warsztatach. Potem był kurs nt. motywacji, kolejno o
kreatywności itd. Moje studia pedagogiczne i specjalizacje przygotowały mnie do prowadzenia takich warsztatów
wspaniale. Pomysłów na szkolenia też miałem całą masę. Coraz częściej byłem zapraszany do różnych korporacji
jako trener. Dostałem też propozycję współpracy z PwC. To była wielka zmiana w moim życiu, bo to
wtedy właśnie zaczął kiełkować we mnie dylemat – zostać na uczelni i zajmować się zdrowiem seksualnym, czy
próbować swoich sił w biznesie i założyć własną firmę szkoleniową. Byłem na dwóch ścieżkach kariery i
wiedziałem, że nie odniosę sukcesu, jeśli będę rozpraszał uwagę. Na kursie coachingowym, który wtedy
kończyłem, wziąłem na tapetę pytanie: Co wybrać? Po długich i trudnych rozważaniach padło na biznes. Dużo
ryzykowałem, bo nie wiedziałem do końca czego się spodziewać. Dyplom doktora odebrałem będąc już
właścicielem firmy, która zaczęła odnosić pierwsze sukcesy.
W lutym minęło 16 lat, odkąd założyłem firmę szkoleniowo-doradczą TRAINING TREE. Początki były naprawdę
sporym wyzwaniem. Wszyscy pukali się w głowę, szczególnie, że był to czas, kiedy większość szkoleń była „za
darmo” (finansowana z UE). Zawsze jednak wierzyłem, że należy podążać za pasją, bo nigdy nie wiadomo, gdzie
te nasze kropki doświadczenia połączą się ze sobą i powstanie z nich wzór kariery, której wcześniej nie
byliśmy w stanie sobie nawet wyobrazić. Pierwszy duży projekt, który wygrała moja firma dotyczył projektu
„Stacja Mercedes”, a dokładniej m.in. przygotowania pracowników Daimlera do podchodzenia do stolików
i zapraszania gości „kawiarni Mercedesa” do przejażdżki nowym modelem auta. To było bardzo innowacyjne na te
czasy. Nikt nie miał doświadczenia w tym zakresie. Szukano firmy, która zaproponuje coś nowego. Ja miałem
ogromne doświadczenie w pracy jako partyworker. Podchodziłem do stolików w klubach, żeby porozmawiać
o profilaktyce uzależnień lub HIV/AIDS. Wystarczyło tylko zmienić temat rozmowy. No i dostaliśmy pierwszy wielki
projekt dla międzynarodowej marki automotive. Kolejne doświadczenie z pracy w przychodni HIV/AIDS zaskutkowało
wygraniem projektu dla Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i szkolenia lekarzy/lekarek oraz pracowników
ochrony zdrowia z komunikacji z pacjentem. Kurs z motywacji na UO zaowocował napisaniem książki
„Motywacja przez wielkie M”. Warsztaty dla uczniów skutkują do dzisiaj – bo pozwoliły mi przećwiczyć chyba
wszystkie trudne sytuacje szkoleniowe 😉 Co ciekawe, niedawno zatoczyłem przysłowiowe koło, bo powróciłem do
tematu związanego z edukacją zdrowotną. W pandemii zacząłem prowadzić podcast „Maska Męskości”, w którym
mam przyjemność rozmawiać na tematy związane ze współczesną męskością. Jednym z gości był zresztą
Profesor Izdebski. Podcast odniósł sukces. Zacząłem być zapraszany do prowadzenia wykładów i warsztatów na
temat męskości dla korporacji. Regularnie piszę też artykuły o męskości do magazynu Charaktery.
W życiu bardzo podoba mi się podejście Richarda Bransona założyciela Virgin Group, który w wywiadzie
powiedział kiedyś, że jak rozkręcał swoją firmę czasami najpierw brał projekty… a potem zastanawiał się jak
je zrobić. To odwaga podjęcia ryzyka, ale i pewność, że dasz radę. Moja mama nauczyłam mnie, że jeśli czegoś
nie umiem, to jestem w stanie się tego nauczyć, jeśli oczywiście włożę w to odpowiednio dużo pracy i wysiłku.
Do dzisiaj uważam, że każdy projekt jesteśmy w stanie zrealizować z sukcesem – jeśli tylko zaprosimy do niego
odpowiednich specjalistów i specjalistki oraz odpowiednio się przygotujemy. Moja firma to dzisiaj prawie 30
ekspertów/ekspertek. Mamy przyjemność pracować z największymi markami m.in. takimi jak BMW, IKEA, Oriflame,
PZU, Roche, Samsung, 3M czy Tik Tok.

Jedną z moich najwyższych wartości ciągle pozostaje rozwój. Chociaż od 10 lat spadł na drugie miejsce.
Pierwsze zajęła miłość do córki i partnerki. Trzecią wartością są podróże oraz ocean. Łapanie fal na surfingu
i oglądanie serca oceanu podczas freedivingu. Jestem pewien, że jeszcze dużo zmian i rozwoju przede mną,
ale w sercu jest jedna stała. Zawsze będę uważał się za pedagoga i jestem z tego dumny. Poza tym ślubowanie
naszejAlma Mater zobowiązuje.